„Brak biletów na zachód słońca”- pojechałem nad morze.

     Należało mi się. Monice też, zresztą chyba nawet bardziej niż mi. Dojechaliśmy w niecałe dziewięć godzin co jest chyba i tak niezłym czasem. Na miejscu ogrom klapków, siatek z biedry, wszelakiego hamstwa czyli trzysta procent Polski. Od razu czuć, że jesteś nad polskim morzem. Wszystko jest w każdym miejscu. Pstrokato, chaotycznie, byle jak, niezmiennie. Nie powiem, że za tym tęskniłem jednak wiedziałem gdzie się wybieram. Pojechałem tam świadomie. Można by się pokusić o stwierdzenie, że „byłem jednym z nich”. Przypatrywałem się z zaciekawieniem. Oglądanie spektakularnych scen kolejkowych po gofra z rozwścieczonymi bachorami powodowały uśmiech na mojej twarzy. Lament i wołanie matki za zgubionym w tłumie dzieckiem, albo rewia mody na głównej alei. Wszystko to interesowało mnie ogromnie. Czułem się jak na safari mimo, iż na safari nigdy nie byłem. Jednak jak bym był to chyba właśnie tak bym się czuł. Nie fotografowałem tego „ZOO”. Polowanie na… nazwijmy to „okazy Polskości” znudziło by mnie w moment. Postanowiłem szukać obrazów, na których nie będzie tego całego chłamu.

Chciałem czegoś więcej od swojej fotografii. Przyjemnego, bądź nie przyjemnego oglądania.

Do następnego!