Studio.

Poniedziałek to straszny dzień. Każdy z Was o tym wie. Jak zwykle jest wyjątek od reguły. Poniedziałek nie jest taki zły, kiedy leży się gdzieś na leżaku w cieniu i ma się cały świat głęboko w dupie. Dzisiejszy zdecydowanie do takich nie należał. Ranna kawa, która przeważnie ratuje, dzisiaj okazała się zdradziecka i nie podniosła mego, jeszcze nie przebudzonego w pełni ciała. Na przystanku ostry wiatr nie pozwalał zapomnieć, że to koniec stycznia. Po nudnym jak flaki z olejem dniu w pracy, o którym obiecuję już nie będę się rozpisywał, przyszedł upragniony wieczór. Chcąc choć trochę poprawić sobie humor postanowiłem, że skrobnę kilka słów o studiu. To miejsce i sama myśl o nim poprawia mi nastrój (tak się w ogóle pisze: poprawia mi nastrój? Nie wiem).To, że tam wiszą takie różne szmatki zwane tłami, i że są różne lampki i światełka to Wy wiecie. Ja nie o tym. Ja bardziej o tym co się dzieje między ciszą a dźwiękiem migawki. Ta super nanosekunda. Ten błahy ułamek życia daje mi radość i spełnienie. Odpoczywam. Czas na tą chwilę zatrzymuje się, by z kolejnym uderzeniem serca przypomnieć, że porządek świata zostanie zaraz zachwiany i zapraszamy z powrotem na ziemię. Jest moc. To moment kiedy cała historia, którą ułożyłem w głowie ma swój finał. Właśnie w tym wyjątkowym momencie karty zostają odkryte.

Jak dla mnie fotografów można podzielić na dwie kategorie. Dokumentalistów i kreatorów. Podziwiam autorów, którzy zajmują się dokumentem. To nie łatwa i jeszcze przeze mnie nie odkryta ziemia. Nie łatwo dojrzeć coś wyjątkowego w czymś oczywistym. Coś niebywałego w czymś codziennym. Druga kategoria to moja działka. Uwielbiam kiedy pojawia się zarys kadru  i umysł rozpoczyna projekcję szkiców na wewnętrzną stronę powieki. Dwa, trzy tygodnie a nie raz dłużej obrazy kiełkują i dojrzewają skrzętnie poszufladkowane w mojej głowie. Pomimo, że w umyśle jest to  „coś”, to trzeba jeszcze funkcjonować w rzeczywistości co jest irytujące. Rachunki, praca, telefony, jakieś nie rozumiane przeze mnie pytania…. eh. Ciężko. Po tym czasie przychodzi moment, że ów kadr jest pełny, doskonały w swojej postaci i w pełni zaakceptowany. Wtedy czas do studia. Tam zostają uwolnione za pomocą puszki wszystkie pomysły. Próżno szukać innego miejsca, które mogło by  konkurować o „palmę zajebistości w czystej postaci”. Teraz to wymyśliłem i wiem, że język jako taki, ale sens jest:D.

Możliwość panowania nad światłem i obserwowania w sposób prawie laboratoryjny zmian na twarzy portretowanej osoby daje wiele ciekawych efektów. Słowo „możliwość” a nie „umiejętność” napisałem z premedytacją, gdyż uważam, że dar ten posiada może dziesięć osób na świecie. O nich  z wielka ochotą kiedy indziej. W studiu na wszystko jest czas. Co sprawia, że nie mam ochoty z niego wychodzić. Na sam koniec dwie fotografie. Dwa różne kadry. Jako, że nie lubię opisywania zdjęć, nie napiszę nic. Fotografia sama musi gadać. Do następnego.

madzia04 madzia05